TOP

Współczesnemu człowiekowi jest coraz trudniej…

Współczesnemu człowiekowi coraz trudniej jest uważać chrześcijaństwo za religię wyjątkową, a Chrystusa za wyjątkową osobę. Chyba zapomnieliśmy, co czyni tę wiarę inną od całej reszty religijnych propozycji.

Święty Paweł powiada:

„A jeśli Chrystus nie został wzbudzony [z martwych], tedy i kazanie naszedaremne, daremna też wasza wiara; (…) Zatem i ci, którzy zasnęli w Chrystusie, poginęli”.

Sprawa została postawiona na ostrzu noża. Albo zmartwychwstanie jest faktem, albo całe chrześcijaństwo nie jest niczym więcej niż daremną wiarą, a ci, którzy tę wiarę wyznawali, poginęli, ci zaś, którzy wyznają ją teraz — poginą.

Coraz mniej jest osób, które podpisałyby się pod radykalną alternatywą sformułowaną przez Pawła. Człowiek współczesny traktuje Jezusa z Nazaretu jak jednego z wielu nauczycieli w historii ludzkości, którzy wskazywali nam, jak być dobrymi ludźmi. Niektórzy z tych nauczycieli byli filozofami, jak np. Sokrates, a inni stworzyli wielkie ruchy religijne, jak Budda, Mahomet, Konfucjusz. Ich nauki umieszczone są w innym kontekście kulturowym, opierają się na innej wizji świata, celu i sensu ludzkiego życia, ale w swej najgłębszej warstwie nie różnią się niczym — zastosowane konsekwentnie miałyby, zdaniem ich zwolenników, zawieść nas w stronę dobra i duchowego rozwoju.

 

Na targu religii

 

Jeśli tak, to możemy swobodnie wybrać na wolnym targu myśli i grup religijnych naszą własną ścieżkę duchowości. Tylko którą? Internet i wydawnictwa zalewają nas potopem ofert. Już nie setki czy tysiące, ale wręcz setki tysięcy nauczycieli oferuje poprowadzić nas ścieżką ku doskonałości. Jedni przedstawiają się jako wybitni guru, ucieleśnienie tego, co najlepsze w religiach Wschodu, inni łączą chrześcijaństwo z religiami Wschodu, jeszcze inni tworzą własne systemy okultystyczne. Każdy jest najlepszy, a droga do zbawienia, którą oferuje, najszybsza. Jak to zweryfikować?

Może jest tak — myśli sobie niejeden współczesny człowiek — że samo bogactwo religijnej oferty przemawia przeciwko niej? Może trzeba opuścić to religijne targowisko i żyć po swojemu? W końcu nie chodzi o nic więcej jak o to, żeby być porządnym człowiekiem. A to każdy z nas potrafi bez żadnych guru i nauczycieli. Nie potrzebujemy też mitologicznych obrazów świata, jaki przedstawiają nam starożytne religie, tym bardziej nie potrzebujemy nieweryfikowalnych naukowo wizji współczesnych okultystów i gnostyków. Wystarczy patrzeć na świat przez pryzmat wiedzy, którą wynieśliśmy ze szkoły, i zdrowego rozsądku. To jest najpewniejsze, czego można się uchwycić w chaosie religijnego targowiska.

A może jest tak — zastanawia się wielu — że te wszystkie religie prowadzą w końcu do jakiejś wspólnej im doskonałości? Ale czy to możliwe, by było wszystko jedno, czy do tej doskonałości dojdzie się poprzez tkwienie dziesiątki lat bez ruchu, czy przez wywoływanie duchowych mistrzów, czy przez zakładanie świętej rodziny, czy poprzez samobójczy zamach na tysiące niewinnych ludzi? Gdyby któryś z przywódców religijnych zechciał dać nam wyraźny znak, że jego nauka jest wyjątkowa, że nie należy do tego targowiska ludzkich nadziei, ambicji i namiętności… Gdyby na przykład umarł i trzeciego dnia zmartwychwstał… Nie mielibyśmy już wątpliwości!

Czy na pewno? Jezus z Nazaretu umarł i zmartwychwstał trzeciego dnia. Święty Paweł jednoznacznie stwierdził, że jest to fakt wyróżniający chrześcijaństwo jakościowo spośród innych religii wystawionych na targowisku zbawienia. Musimy sobie bowiem uzmysłowić, że choć w I wieku nie było internetu, chaos w dziedzinie myśli religijnej był nie mniejszy niż dziś — w Cesarstwie Rzymskim czczono i reklamowano bogów ze wszystkich zakątków ówczesnego świata, głoszono najprzeróżniejsze filozofie.

W tym chaosie pomysłów na zbawienie apostoł Paweł głosił Chrystusa, „i to ukrzyżowanego”2. Gdyby fakt zmartwychwstania nie miał miejsca, nauczanie Pawła nie miałoby sensu, wiara pierwszych chrześcijan byłaby daremna — po prostu umieraliby jak inni, łudząc się pustą nadzieją.

Wielu ludzi uważa, że Chrystus był po prostu dobrym nauczycielem, a fakt zmartwychwstania to już wymysł uczniów i ewangelistów. Na bazie Jego nauczania miał niby odrodzić się pogański mit o zmartwychwstającym bogu. Źródeł tego mitu możemy poszukiwać w historii takich bożków jak Attis, Ozyrys, Kora-Persefona itd. To nie może być nic innego niż mit — twierdzą niektórzy — bo przecież wiedza wyniesiona ze szkoły i zdrowy rozsądek mówią nam, że żadne zmartwychwstanie nie jest możliwe. Dlatego historię Jezusa wielu będzie próbowało zrozumieć, posługując się tym racjonalnym założeniem: zmartwychwstanie nie jest możliwe.

 

Jeden z wielu?

 

Czy nauczanie Jezusa jest w czymkolwiek podobne do nauczania innych tzw. dobrych nauczycieli? Czy nie uczył nas miłości bliźniego? Z pewnością uczył. I wyrozumiałości, i wstrzymywania się przed pochopnymi sądami, i troski o biednych? Uczył. Nauczał, jak dobrze żyć. Jednak to tylko część Jego nauczania. Bowiem podstawowym elementem swojej nauki Jezus uczynił samego siebie. Głosił o sobie, że jest ni mniej, ni więcej tylko… Bogiem! Miejsce głoszenia tej nauki też było specyficznie. Była to bowiem Judea, gdzie panował skrajny monoteizm, gdzie nie oddawano pokłonu nawet cesarzowi rzymskiemu, gdyż uważano, że pokłon należy się jedynie Bogu. Gdyby Jezus ogłosił się awatarem w Indiach albo jakimś bożkiem gdziekolwiek indziej… Ale on ogłosił się Jahwe! Stwórcą świata! I uczynił to właśnie w Judei.

„Ja i Ojciec Jedno jesteśmy”3, mówił o sobie. „Mój Ojciec aż dotąd działa i Ja działam”4. A jakie jest to działanie „aż dotąd”? Pismo Święte, dobrze znane Żydom, mówi: „Gdyby wziął z powrotem do siebie swojego ducha i ściągnął w siebie swoje tchnienie, to by od razu zginęło wszelkie ciało i człowiek wróciłby do prochu”5. Jezus informował słuchaczy, że tak właśnie działa „aż dotąd”. Jezus domagał się dla siebie boskiej czci: „aby wszyscy czcili Syna, jak czczą Ojca”6. Uważał się za dawcę życia: „Syn ożywia tych, których chce”7. Mówił, że kto w Niego wierzy, „nie zginie, ale ma żywot wieczny”8. Że jest „chlebem żywota”9.

Ani rodzina, ani sąsiedzi z rodzinnego miasta nie uwierzyli w Jezusa. Czy to dziwne? A my byśmy uwierzyli, gdyby nasz brat albo kolega ze szkoły ogłosił się Bogiem? Mimo że nauka Jezusa była zgorszeniem dla otaczających go Żydów, szły za nim tłumy. Dokonywał bowiem cudów, które pozwalały brać Jego słowa na poważnie. Rzesze zwolenników i przeciwników rosły. Jednak wciąż można było uważać Jezusa za nikogo więcej jak zręcznego bioenergoterapeutę, który dostał manii wielkości. Aż przyszedł moment, że Ten, który obiecywał dać życie innym, udowodnił, że jest w stanie oddać swoje życie i wziąć je z powrotem.

 

Mam prawo życie dać i życie wziąć

 

13 dnia miesiąca nisan 31 roku Jezus został pojmany przez wrogów. Następnego dnia stracono Go na krzyżu. Umarł. Uczniowie uciekli.

Do tego momentu w opisie życia Jezusa z Nazaretu zgodni są zarówno chrześcijanie, jak i wyznawcy innych religii, a nawet ateiści. Żył, nauczał, umarł. Dopiero to, co się stało 16 nisana 31 roku, wymaga jednoznacznego określenia się po którejś ze stron. Otóż rankiem 16 nisana Jezus zmartwychwstał! Zaczął ukazywać się swoim uczniom i nadal ich nauczać, aż w końcu odszedł do nieba.

Czy zdarzenie to można potraktować jako mityczne? Czy można uznać, że Jezus swoim życiem i nauczaniem „nadawał” się na Boga, więc z czasem zaczęto wierzyć, że zmartwychwstał? Że Jego życie obrosło legendami, do Jego biografii dodano mnóstwo cudowności, wreszcie i zmartwychwstanie? Nie, to nie jest możliwe.

Jezus swoją osobą i nauczaniem rozpalił namiętności. Nie miał samych zwolenników. Miał także zaciekłych wrogów. Do takich wrogów początkowo należał i Paweł, zanim Jezus mu się objawił. Prawda o zmartwychwstaniu zaczęła być głoszona w Szewuach, Zielone Świątki, czyli 50 dni po ukrzyżowaniu Jezusa (nowotestamentowa Pięćdziesiątnica). To za krótko, by zdążył się wykształcić jakikolwiek mit, aby powstały legendy. Zresztą ci, którzy słuchali nowiny o zmartwychwstaniu, mogli w znacznej części należeć do tego samego tłumu, który jeszcze niecałe dwa miesiące wcześniej wrzeszczał: „Ukrzyżuj go!”10. Ci ludzie pamiętali Jezusa, słuchali Jego nauk, nie uwierzyliby w legendy. Gdyby fakt zmartwychwstania można było podważyć, z pewnością by to zrobili i wyśmiali apostołów. Nie padły jednak żadne argumenty. Wręcz przeciwnie. Już owego pierwszego dnia, kiedy zaczęto głosić zmartwychwstanie, nawróciło się trzy tysiące osób. Nowy ruch religijny koncentrujący się na osobie Chrystusa zmartwychwstałego stał się faktem.

A co na to przywódcy religijni Izraela? To oni doprowadzili do ukrzyżowania Jezusa wspólnie z okupacyjną administracją rzymską. Jezus stanowił zagrożenie polityczne. W ich mniemaniu destabilizował kraj, narażał naród na okrutne represje ze strony władz okupacyjnych (czego zresztą Judea i tak nie uniknęła). Jezus ranił też ich uczucia religijne, czyniąc się równym Bogu. Jak widać mieli aż dwa poważne powody, dla których Jezus zasługiwał na śmierć. Czy te przyczyny ustały, kiedy zaczęto głosić zmartwychwstanie? Jezus nie zagrażał im już fizycznie. Jednak Jego uczniowie nadal szerzyli nauki o człowieku, który był Bogiem. Teza o zmartwychwstaniu stanowiła znakomity argument: zmartwychwstał, gdyż był Bogiem. Zgorszenie w oczach konserwatywnych przywódców Izraela mogło tylko wzrosnąć.

 

Reakcje dowodem

 

Czy ortodoksyjni Żydzi mieli do dyspozycji argument, którym mogli natychmiast zgasić świeżo rodzący się ruch chrześcijański? Tak. Wystarczyło wskazać, gdzie znajduje się ciało Jezusa.

Jezus został pochowany w grobie Józefa z Arymatei. Według relacji Marii Magdaleny i innych kobiet, a także przybyłych tam później apostołów, 16 nisana 31 roku grób był pusty. Pomińmy tu zabezpieczenia wokół grobu, o których sprawozdają ewangelie: wojskową straż, rzymską pieczęć, ciężki kamień. Gdy pojawiła się Maria Magdalena, zabezpieczeń już nie było, a grób był pusty. Co się stało z ciałem Jezusa? Gdyby przywódcy Izraela znali odpowiedź na to pytanie, z pewnością, by ją ogłosili. Okazanie ciała Jezusa miałoby morderczy skutek dla rodzącego się chrześcijaństwa. Kto by jeszcze wierzył w Zmartwychwstałego, którego rozkładające się zwłoki właśnie zobaczył? Nie tylko sam by przestał wierzyć, ale i innych by informował jak najszerzej, aby nie dali się nabrać. Gdyby ciało Jezusa przepadło w jakimś zbiorowym grobie, gdyby opowieść o grobowcu Józefa z Arymatei była fikcją, to przecież i o tym fakcie przywódcy Izraela mogliby głosić, powołując się na świadectwo i autorytet władz okupacyjnych. Nic takiego nie miało miejsca. Jedynym argumentem, do którego odwoływali się przeciwnicy chrześcijaństwa, był ten, że ciało zostało wykradzione przez uczniów, a rzekome zmartwychwstanie jest mistyfikacją dokonaną przez apostołów.

Nie możemy też twierdzić, że wszystko to działo się wśród ludzi zabobonnych i prymitywnych. Ówczesny świat nie stał na poziomie kulturalnym niższym niż nasz. Prawo, które wtedy powstało, jest stosowane do dziś. Posługujemy się tym samym alfabetem. Wtedy właśnie stworzono zasady administrowania państwem, gospodarowania majątkiem. Filozofia kwitła, ludzie czerpali rozkosz z dociekania prawdy. Jeśli chodzi zaś o stronę techniczną ich cywilizacji, to aż do XVIII wieku ludzkość żyła na poziomie niższym.

W tym świecie informacje rozchodziły się szybko. Wieść o zmartwychwstaniu Jezusa pomknęła przez obszar cesarstwa. Najpierw rozprzestrzeniała się wśród żydowskiej diaspory. Wśród Żydów wybuchały ostre spory, podziały. Pisarz rzymski Swetoniusz podaje, że za panowania Klaudiusza wśród diaspory żydowskiej w Rzymie wybuchły ostre zamieszki „z powodu niejakiego Chrestosa”11. Klaudiusz panował w latach 41-54, a więc jak z tego wynika, zmartwychwstały Chrystus był głoszony po całym świecie praktycznie natychmiast. Jego osoba rozpalała namiętności w samym sercu cesarstwa już kilkanaście lat po wydarzeniach na Golgocie. To za krótko, żeby powstał mit, żeby upowszechnić legendy.

Wciąż żyli bezpośredni świadkowie nauczania Chrystusa, Jego śmierci i zmartwychwstania. Paweł, który nauczał w tym samym czasie, pisał, kiedy z powodu Jezusa wybuchały zamieszki w Rzymie, że Jezus ukazał się nie tylko jemu, ale także apostołom oraz „więcej niż pięciuset braciom naraz, z których większość dotychczas żyje”12. A zatem kwestia prawdziwości bądź fałszu zmartwychwstania rozstrzygnęła się wśród ludzi współczesnych temu wydarzeniu, znających siebie nawzajem, pamiętających Jezusa. Zwolennicy przytaczali świadectwo płynące z osobistego doświadczenia — spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem, którego widzieli i z którym rozmawiali. Przeciwnicy zaś powoływali się na zasady religijne lub zdrowy rozsądek, bo zmartwychwstały Jezus był „dla Żydów zgorszeniem, a dla pogan głupstwem”13.

W końcu świadectwo płynące z osobistego doświadczenia zwyciężyło. Zmartwychwstałego Jezusa przyjęła w krótkim czasie jedna piąta ludności cesarstwa, a do końca istnienia imperium — wszyscy jego mieszkańcy, a także wiele ludów okolicznych. Gdyby przeciwnicy zmartwychwstania dysponowali w owym czasie jakimkolwiek przekonującym dowodem, np. ciałem lub informacją, co się z nim stało, na pewno by tych dowodów użyli. Ale takie dowody nie istniały.

 

Mistyfikacja?

 

Czy prawdą może być to, co głosili przeciwnicy chrześcijaństwa — że zmartwychwstanie to mistyfikacja dokonana przez apostołów, którzy wykradli ciało i ogłosili, że ich Pan zmartwychwstał?

Ewangelie sprawozdają, że grób był otoczony strażą, miał rzymską pieczęć, że był przywalony ciężkim kamieniem. Kto jednak odrzuca świadectwo ewangelii, odrzuci i te argumenty. Czy są inne? Bracia Jezusa nie uwierzyli w Niego, strofowali Go, a po zmartwychwstaniu stali się gorliwymi wyznawcami, Jakub zaś pierwszym przywódcą chrześcijańskiej gminy. Apostołowie w dniu aresztowania Jezusa rozbiegli się, a w dniu Pięćdziesiątnicy nagle wystąpili publicznie, by nauczać z całą mocą. Co ich tak uskrzydliło? Świadomość świeżo dokonanej mistyfikacji?

Poza Janem żaden z apostołów nie umarł naturalną śmiercią. Wszyscy zostali zamordowani. Nie dostąpili żadnych zaszczytów. Dzień w dzień, rok w rok walczyli na argumenty z przeciwnikami chrześcijaństwa, oczekując w zamian biczowania, tortur, śmierci.

A może na początku spodziewali się zaszczytów, a potem jakoś już tak trwali w tym, co zaczęli robić? Jest to psychologicznie niemożliwe. Uczniowie byli liczną grupą. Poza czołową dwunastką były rzesze innych. Było owych pięciuset, którym Jezus ukazał się po śmierci. Ci ludzie musieli niesamowicie wierzyć w zmartwychwstanie, by nauczać o tym wśród śmiechu, zgorszenia, gróźb fizycznej eksterminacji, by cierpliwie prostować wciąż pojawiające się fałszywe nauki. I by pociągnąć za sobą tłumy.

A może ciało wykradł tylko jeden z nich, a reszta uwierzyła i poszła głosić ewangelię? Może tylko jedna osoba jest odpowiedzialna za mistyfikację? To też nie jest możliwe. Sam pusty grób nie był wystarczającym świadectwem. Jezus ukazywał się uczniom i to popchnęło ich do działania. Brak ciała był kłopotem dla ortodoksyjnych Żydów, ale nie był wystarczającym powodem wiary.

 

Dzień, w którym Bóg nie działał

 

Poprzez swoje zmartwychwstanie Jezus nie tylko udowodnił nam, że jest Królem królów i Panem panów. Możemy także zdać sobie sprawę z głębi miłości Bożej do nas poprzez ogrom ofiary, która została złożona. 14 nisana, w piątek przed sabatem, Jezus umarł. Stwórca świata zamilkł. Odwieczne Słowo złożono do grobu.

Czy to znaczy, że Bóg umarł? Gdzie był Logos? Czy Jezus wszedł w nicość? Odłączenie od Bóstwa było tragedią tak wielką, że w jej oczekiwaniu z oblicza Boga-Syna spływał krwawy pot, a tuż przed samym zgonem Jezus krzyczał w obojętną pustkę: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”14. Aż do zmartwychwstania, które nastąpiło w niedzielę 16 nisana, przez cały sabat jedna z trzech osób Bóstwa milczała. Bóg odpoczywał. Czyżby cały kosmos był pozbawiony działania Słowa? Czy Logosu mogło wtedy nie być? Już dwa tysiące lat chrześcijanie wiodą spory i próbują to zrozumieć…

Zadziwiająca jest zbieżność dzieła stworzenia świata z dziełem jego odkupienia. Przez sześć dni Bóg tworzył świat, a siódmego dnia, w sobotę, odpoczął i pobłogosławił ten dzień. Podobnie przebiegał ostatni tydzień życia Jezusa. Ten sam Bóg w pierwszy dzień tygodnia, w niedzielę palmową, wjechał na osiołku do Jerozolimy, gdzie przez sześć dni nauczał, prowadząc ludzkość do zbawienia i pojednania z Bogiem. Siódmego dnia, w sabat, odpoczywał odpoczynkiem doskonałym, nie wykonując żadnej czynności, by znów w niedzielę dokonać dzieła — zmartwychwstać! A zatem sobota nosi podwójną pieczęć — jest już nie tylko pamiątką stworzenia świata, ale i jego odkupienia.

Marek Błaszkowski