TOP

Poczucie beznadziejności

 

 

Depresja jest zabójcza, ale nauka i wiara mogą pomóc ją zwalczyć.

 

Znalazłem się w gabinecie lekarza w szpitalu psychiatrycznym, drżąc i niemal płacząc. Pierwsze pytanie, jakie zadał mi psychiatra, brzmiało: „Czy ktoś inny w pana rodzinie cierpi na depresję?”.

Wcześniej nigdy nie skojarzyłem tego, że zaczynam podążać tą samą drogą, którą przeszedł mój ojciec. Byłem mniej więcej w tym samym wieku, w jakim on zaczął chorować. Podobnie jak w jego przypadku i u mnie nie było wyraźnych powodów do depresji. Byłem zdrowy i szczęśliwy, miałem dobrą żonę i zdrowe dzieci. W dzieciństwie dobrze mnie traktowano, byłem kochanym dzieckiem.

Będąc w depresji, zawsze sądziłem, że mam powód, by czuć się źle. Przyjaciel mnie zawiódł. Coś mi się nie udało. Nauczyciel — czy potem przełożony w pracy — uwziął się na mnie. Nie zwracałem uwagi na to, że większość ludzi przechodziła prawie bezboleśnie przez takie sytuacje, nie idąc przy tym na dno. Stopniowo zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że powody mojej depresji nie są w pełni uzasadnione. Depresja żyła własnym życiem.

Przez wiele lat próbowałem tych samych co ojciec sposobów ratunku. Nawet to, że zostałem psychologiem, było częścią mojego poszukiwania pokoju. Praca nie okazała się jednak skutecznym lekarstwem. Chociaż służyłem słowami pocieszenia innym ludziom, słowa te nie docierały do mnie samego. Ukrywałem tylko swoją depresję i odgrywałem rolę doskonałego, szczęśliwego, ale wewnątrz cierpiałem.

 

Bez przyszłości

 

Ludzie, którzy nigdy nie doświadczyli depresji, często nie dostrzegają różnicy między depresją a zniechęceniem. Każdy czasem jest smutny. Zniechęcenie to niewielki problem, któremu można zaradzić przez modlitwę i pozytywne myślenie. Smutek to długotrwałe i głębsze zniechęcenie spowodowane na przykład śmiercią bliskiej osoby, ale ustępujące z biegiem czasu. Zniechęcenie najczęściej ma określoną przyczynę. Smutek ma ją zawsze.

Depresja to jednak coś znacznie gorszego. Objawia się beznadziejnym smutkiem połączonym z nieuzasadnioną troską i śmiertelnym lękiem. Jest to psychiczne cierpienie tak dotkliwe, że czasami śmierć wydaje się rozsądnym wyjściem. Jest to uczucie najdotkliwszego żalu, ale bez żadnego wyraźnego powodu. W głębokiej depresji człowiek czuje się, jak gdyby nie miał przed sobą żadnej przyszłości, wszystkie wysiłki wydają się nieskuteczne, każda próba wyjścia z sytuacji kończy się niepowodzeniem. Depresji często towarzyszą fizyczne objawy: bezsenność, brak apetytu, brak zadowolenia z seksu, choroby związane ze stresem, np. te objawiające się zaburzeniami funkcjonowania układu trawiennego.

Nie ma sensu mówić osobie cierpiącej na depresję: „Głowa do góry!”; „Myśl pozytywnie”; „Pomyśl, ile otrzymałeś błogosławieństw”; „Przestań myśleć o sobie i pomyśl o innych”. Bo jak mówił pewien psychiatra, gdy ktoś jest w głębokiej depresji, nie ma emocjonalnej energii, by rozwiązać swój problem.

Osoby cierpiące na depresję nie potrafią myśleć pozytywnie, nie mogą pomóc innym ludziom, nie są w stanie dostrzec otrzymanych błogosławieństw. Czasem nie są w stanie pracować nad rozwiązaniem swego problemu nawet z pomocą psychologa. W najgłębszej depresji nawet modlitwa wydaje się daremna; modlili się setki razy, aż ich wiara zgasła.

Odczucia wszystkich z nas ulegają zmianom, ale u człowieka skłonnego do depresji odczucia są zbyt zmienne. Wyobraź sobie, że twoje odczucia są zawieszone na elastycznych sznurach. U większości ludzi sznury te są dość mocne, by utrzymać odczucia w normie. Nagły wstrząs może je rozchwiać, ale gdy kryzys mija, wracają do normy. U osoby z depresją te podtrzymujące sznury są słabe; bardzo drobne problemy mogą wywołać poważne przygnębienie, a gdy mijają, emocjonalna elastyczność jest zbyt słaba, by samopoczucie człowieka mogło wrócić do normy. Wielu ludzi, którzy żyją z ciągłą lekką depresją, przeżywa od czasu do czasu kryzysy i głębokie załamania.

 

Agonia

 

Poszukiwanie pomocy było prawdziwym zmaganiem się ze sobą. Gdy byłem dzieckiem, nauczono mnie, że nie potrzebuję żadnej pomocy i doradcy oprócz Boga. Ewentualnie można jeszcze porozmawiać z duszpasterzem, ale nie ma sensu udawać się gdzieś dalej. Dorastając w erze coraz popularniejszej psychoterapii, zacząłem rozmawiać o moim problemie z profesjonalnymi, chrześcijańskimi specjalistami w tej dziedzinie. Ale żadne rozmowy i modlitwy nie pomagały. Często przyjaciele mówili mi: „Nie powinniśmy ufać swoim uczuciom. Jeśli czujesz się źle, powiedz sobie po prostu, że to nieprawda. Proś Pana Boga, by cię wzmocnił. Zlekceważ te uczucia i żyj dalej”. Rzeczywiście, nie należy ufać uczuciom, ale one i tak istnieją.

Nigdy nie myślałem o szukaniu pomocy lekarza, ale chwilami cierpienie było zbyt wielkie, by można je było zlekceważyć. Dwie rzeczy powstrzymywały mnie przed tym. Zadawałem sobie pytanie: czy ludzie, którzy korzystają z pomocy psychiatry, nie są stuknięci? Myślałem też o jednym ze znanych szpitali psychiatrycznych i wyobrażałem sobie, że tam w końcu trafię. Druga, bardziej znacząca rzecz dotyczyła spraw duchowych. Czy wiara nie powinna mi wystarczyć? Czy nie powinny wystarczyć modlitwy? Gdybym był prawdziwie uduchowionym człowiekiem, to czy dzięki modlitwie i pobożnym rozmyślaniom nie uporałbym się z Bożą pomocą z moim problemem? Przez całe życie wierzyłem i myślałem, że Pan Bóg pomaga tym, którzy potrzebują pomocy w duchowych sprawach. Być może gdybym modlił się usilniej i dłużej, wszystko by minęło?!

I wtedy przyszedł dzień załamania. Jechałem do pracy i przeżywałem psychiczną agonię. Każde zmartwienie uderzało we mnie z impetem. Przygnębienie było tak głębokie, że mogłem go dotknąć, czułem je jak nóż przeszywający mi pierś. Zjechałem na pobocze drogi, odchyliłem głowę, opierając ją o siedzenie, i powiedziałem w duchu: przebacz mi, Panie, ale dłużej tak nie mogę żyć. Postanowiłem skończyć ze sobą. Nie miałem jednak pod ręką niczego, co pomogłoby mi to zrobić. Gdy rozmyślałem dalej, przypomniałem sobie fragment wiersza. To był wiersz o człowieku, który nocą, podczas śnieżycy, przemierza las. Wiersz ten odzwierciedlał pragnienie śmierci poety w chwilach załamania. Ten las jest miły, ciemny, głęboki, / Lecz ja obietnic muszę dotrzymać / I wiele mil przejść, zanim zasnę, / I wiele mil przejść, zanim zasnę.

I ja musiałem dotrzymać obietnic, które złożyłem żonie i dzieciom oraz mojej instytucji, w której byłem zatrudniony. W tamtej chwili udawałem się z wizytą do kogoś, kto mnie potrzebował. Ktoś na mnie czekał. Uruchomiłem samochód i pojechałem.

Wieczorem powiedziałem żonie, że mam zamiar udać się do psychiatry. Jej reakcja była podobna do mojego sposobu myślenia: „Tylko stuknięci ludzie chodzą do psychiatrów. Powinieneś to zwalczyć przez wiarę”. Ale ja nie potrafiłem.

 

Terapia

 

Równocześnie z leczeniem psychiatrycznym rozpocząłem terapię u chrześcijańskiego psychologa. Większość specjalistów zgadza się, że połączenie terapii psychologicznej i terapii medycznej daje lepsze rezultaty w leczeniu depresji niż każda z tych terapii z osobna.

Od strony psychologicznej zaczęliśmy pracować nad postawami — sposobem myślenia, który pomógłby mi unikać sytuacji, gdy popadam w depresję. Ludzie ulegający depresji mogą się nauczyć trafniej oceniać swoje środowisko.

Od strony medycznej mój psychiatra zalecił mi wypróbować leki antydepresyjne. Choć wcześniej wiedziałem, że psychiatrzy stosują w terapii środki psychoaktywne, zmieniłem swoje poglądy na tę sprawę. Tak długo uważałem moją depresję za duchową wadę, którą muszę pokonać siłą woli i modlitwą, że tak proste rozwiązanie tego problemu jak połknięcie pigułki wydawało mi się złe.

Zapoznałem psychiatrę z moją filozofią, że umysł nie jest niezależny od ciała, ale jest z nim nierozerwalnie związany. To, co robimy z naszym ciałem, wpływa na naszego ducha. „Cukrzyca wpływa na nastrój człowieka, ale jeśli chorowałby pan na cukrzycę, czy odmówiłby pan przyjmowania insuliny?” — zapytał psychiatra. Według niego Bóg uzdolnił naukowców do zidentyfikowania fizycznych przyczyn depresji. „Dlaczego nie dokonać odpowiedniej farmakologicznej ingerencji w organizm, by poprawić stan zdrowia umysłowego i duchowego?” — zapytał retorycznie. Wyjaśnił, że te nowe lekarstwa nie wprawiają człowieka w stan sztucznej radości. Nie poprawiają samopoczucia osoby, która nie cierpi na depresję. Równoważąc poziom pewnych kluczowych substancji w mózgu, usuwają fizyczną barierę odgradzającą człowieka od szczęścia. Ponadto potrzeba od trzech do sześciu tygodni, by zaczęły działać, i nie ma żadnej groźby uzależnienia.

Co do moich obaw, że pod wpływem tych leków stracę kontakt z rzeczywistością, lekarz delikatnie zauważył, że ktoś, kto ma tak niewielkie problemy jak ja, a rozważa samobójstwo jako wyjście z sytuacji, już stracił kontakt z rzeczywistością. Miał rację. W mojej głębokiej depresji nawet najmniejsze problemy czy niepowodzenia przytłaczały mnie.

Koszmar, który przeżywałem, miał się teraz skończyć, ale bałem się, że nie będę już sobą, gdy terapia się zakończy. Jednak po raz pierwszy od wielu lat właśnie czułem się sobą — takim, jakiego ukrywałem pod cierpieniem przez tak długi czas. Mój problem nie był jeszcze całkiem rozwiązany, ale zacząłem dostrzegać piękno i szczęście dookoła mnie, choć wcześniej ich nie widziałem. Zacząłem doceniać skuteczność modlitwy. Zacząłem rozumieć książki na temat duchowego rozwoju. Miałem teraz siłę, by zastosować wspaniałe rady wyczytane w tych książkach. Miałem siłę, by rozwiązywać problemy, jakie napotykałem.

 

Nowe życie

 

Nadal, choć znacznie rzadziej, spotykam się z chrześcijańskim psychoterapeutą. Moje życie modlitwy uległo ogromnej poprawie. Od czasu do czasu spotykam się z psychiatrą, by skontrolować efekty zażywania leków. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy będę mógł je odstawić, ale nie staram się przyspieszać tej chwili.

Czasem depresja nachodzi mnie na nowo. Gdy dopada mnie poczucie beznadziejności, powtarzam sobie, że minie i staram się być jak najbliżej Pana Boga, póki się to nie stanie. Nie mówię ludziom, że zażywam leki antydepresyjne. Nie dlatego, żebym się tego wstydził, ale z tego samego powodu, z jakiego nie mówi się o swoim stanie zdrowia. Nie chcę, by mówili o mnie jako o „człowieku, który bierze pigułki na uspokojenie”, tak samo jak ktoś inny nie chciałby, aby mówiono o nim jako o „człowieku z kamieniami w nerce”. Czasami, aby pocieszyć innych, ostrożnie mówię o moich zmaganiach z depresją. Czynię to jednak rzadko i tylko wtedy, gdy chcę zachęcić kogoś do podzielenia się ze mną jego problemami. A poza tym w pełni korzystam z nowego życia, które Bóg mi podarował.

M.P.